Cypr w listopadzie – nasz zimowy wyjazd, który okazał się… idealny na kite’a
Jesteśmy duetem dość nietypowym jak na turystów z kite’ami. Ja – filmowy reżyser, od lat zakochany w kitesurfingu, dla którego każdy wyjazd to zawsze mieszanka sportu, natury i potrzeby łapania ujęć, choćby tylko w głowie. Karina – artystka makijażu permanentnego, pracująca na najwyższym światowym poziomie. Tym razem to właśnie ona była powodem naszego wylotu, bo w Ayia Napie odbywał się finał mistrzostw federacji WORLDS. A ja, kiedy tylko zobaczyłem prognozy, od razu dorzuciłem do bagażu sprzęt, bo nawet zimowy Cypr potrafi zaskoczyć.
Cypr zimą bywa jak „egzotyczna Europa” z ruchem lewostronnym. Wyspa leży na styku trzech kontynentów – Europy, Azji i Afryki – i naprawdę czuć tu ten kulturowy miks: grecki klimat, brytyjskie wpływy administracyjne i lekko arabskie nuty na ulicach. Jeździ się lewą stroną, więc pierwsze minuty za kółkiem potrafią podnieść ciśnienie bardziej niż pływanie na dziewiątce w trzydziestu węzłach. Listopad na Cyprze to formalnie zima, ale my nazwaliśmy to żartobliwie „zimą w wersji premium”. W dzień trafiało się od 21 do 27°C, czasem chmury, lecz ogólnie warunki bardziej przypominały polski czerwiec niż początek zimy. Pozostawało pytanie o wiatr. Latem termika działa tu jak szwajcarski zegarek, a zimą bywa loterią. I jak się okazało, trafiliśmy
szóstkę w totka.
Ayia Napa: finał mistrzostw i początek wyjazdu
Pierwsze dni spędziliśmy w Ayia Napie, gdzie Karina startowała w finale mistrzostw makijażu permanentnego. Sam udział w gronie reprezentantów z osiemnastu krajów było ogromną nobilitacją, a wyróżnienie, które zdobyła, stało się pięknym zwieńczeniem jej pracy. Ayia Napa zimą jest spokojniejsza, ale to wciąż turystyczny kurort – i co ważne z perspektywy kitesurfera, nie jest to miejsce do pływania. Plaże typu Nissi Beach czy Makronissos są przepiękne, jednak nawet
poza sezonem pojawiają się ograniczenia; infrastruktura plażowa i charakter zatok. Do tego wschodnia strona wyspy ma swoją podstawową wadę: wiatr po prostu słabo tam wchodzi, bo dominujące kierunki nie pracują na korzyść tych osłoniętych miejsc.
To jednak nie znaczy, że Ayia Napa nie ma sensu. Na krótkie zwiedzanie jest świetna: Monastyr Ayia Napa daje klimat historii, Sea Cliffs robią wrażenie surowymi klifami i turkusową wodą, a Most Miłości (Love Bridge) jest idealny na krótki spacer i kilka zdjęć. Dla nas był to etap bardziej „zwiedzaniowy” niż kitesurfingowy, więc po gali spakowaliśmy auto i ruszyliśmy tam, gdzie od zapowiadały się lepsze warunki do pływania.
Limassol jako baza i Ladies Mile, które zrobiło nam tydzień
Po mistrzostwach przenieśliśmy się bliżej Limassol, do małej spokojnej wioski, która okazała się strzałem w dziesiątkę. Nasze miejsce, Meleni Cottage House, miało urocze patio otoczone drzewami, idealne na poranne śniadania w słońcu i – co najważniejsze – lokalizację ustawioną równo pomiędzy kluczowymi spotami. Poza sezonem okolica była cicha, ale jednocześnie działały tam dwie świetne lokalne restauracje, do których przyjeżdżali nawet ludzie z Limassol, i to tacy,
których samochody sugerowały, że nie jadają gdzie popadnie. Jedzenie było absolutnym topem: świeże owoce morza, lokalne mezze i ten smak małych cypryjskich miejscowości, za którym się tęskni, kiedy wraca się do domu.
Naszym głównym spotem było Ladies Mile – długa plaża położona tuż przy wyschniętym słonym jeziorze, z widokiem na rosnące wieżowce Limassol. Dla kitesurferów to świetna pozycja, zwłaszcza do progresu: płytko przez pierwsze kilkadziesiąt metrów, piasek bez stresu o stopy, stabilny onshore przy wschodnim kierunku, ale fala raczej „bałtycka”. Karina robiła tam swoje pierwsze poważne postępy – body dragi, kontrolę latawca, pierwsze podejścia do waterstartów –
a ja, mimo problemów z kolanami, znowu poczułem, że mogę pływać dłużej i mocniej. Wiatr codziennie miał inne oblicze: od lżejszych dni na większym latawcu po momenty, kiedy wchodziło 25 węzłów. I najważniejsze: pływaliśmy codziennie. Serio. W listopadzie. Na Cyprze.
Nie obyło się bez przygód. Pierwszego dnia zaliczyliśmy historię, która mogłaby spokojnie dostać osobny wpis, bo dojazd na Ladies Mile prowadzi częściowo przez teren wyschniętego jeziora. Wygląda niewinnie – inni jadą, więc jedziesz i ty – ale jest haczyk: istnieje jedna bezpieczna trasa, a ja jej nie zauważyłem. Skończyło się na spotkaniu z potężną dziurą, naderwanym zderzaku, halogenie w powietrzu i uszkodzonej osłonie skrzyni biegów. Wypożyczalnia skasowała nas 780 euro, a ja dostałem lekcję, że na kite tripy lepiej nie brać najtańszego auta, tylko coś wyższego niż mała osobówka – choćby crossovera. Na szczęście następnego dnia dostaliśmy nowe auto i mogliśmy wrócić do naszego ulubionego trybu: pływać, jeść, spać.
Jeden dzień bez wiatru i finał w Pissouri
Mieliśmy też jeden dzień bez wiatru. Jeden jedyny, więc wykorzystaliśmy go do zwiedzania zachodniej części wyspy, robiąc trasę z okolic Limassol w stronę Pafos. Kurion okazało się genialnym punktem: starożytne miasto na klifie, z amfiteatrem, ruinami i widokiem na morze, które natychmiast uruchamia wyobraźnię i pozwala „zobaczyć” Cypr sprzed dwóch tysięcy lat. Potem była Skała Afrodyty – mityczne miejsce narodzin bogini, z taką scenerią, że aż trudno uwierzyć, że
to nie dekoracja filmowa. Na koniec klify i zatoka Pissouri: malownicze, spokojne, z kilkoma trasami spacerowymi, a w listopadzie dodatkowo prawie puste, z pięknym miękkim światłem.
Ostatnia sesja miała miejsce na Actroni Beach, niedaleko Pissouri Bay, kiedy zmienił się kierunek na zachodni. To był ten dzień – taki, który zostaje w głowie na długo. Zatoka była zupełnie inna niż Ladies Mile: dzika i naturalna, z wyższą falą, płytką wodą przy brzegu i pięknymi klifami dookoła. Karina zrobiła tam swoje pierwsze prawdziwe waterstarty, a ja złapałem kilka świetnych lotów na fali. A zachód słońca dopełnił całość: niebo przechodziło od złota przez fiolety do głębokich błękitów, a chmury i światło układały się w spektakl, który wyglądał jak gotowy kadr. I właśnie tak zakończyliśmy nasz wyjazd.
Czy Cypr w listopadzie ma sens dla kitesurfera?
Cypr wyszedł nam kierunkiem ciepłym, różnorodnym i zaskakująco wietrznym jak na „zimę”. Latem sprawa jest prosta, bo termika działa regularnie, spotów jest sporo, a długie zatoki robią swoje. Zimą to jednak loteria: my mieliśmy szczęście i pływaliśmy prawie cały tydzień, ale są osoby, które w listopadzie łapią zaledwie jeden wietrzny dzień. Najpewniejszą bazą okazały się okolice Limassol, a najbardziej sensowne spoty to Ladies Mile (Akrotiri) i rejon Pissouri. Wschód
wyspy jest piękny do spacerów i zdjęć, ale pod kite’a raczej odpada, a auto jest niezbędne i dobrze, żeby było choć trochę wyższe niż najniższa osobówka. Jeśli lubisz progres, płytka woda i piasek zrobią ci robotę, a jedzenie w małych wioskach potrafi stać się nieplanowanym highlightem całego wyjazdu.
I chociaż Sardynia czy Sycylia bywają bardziej „pocztówkowe”, Cypr ma coś unikalnego: połączenie europejskiego luzu z lekko pustynną estetyką i wiatrem, który potrafi pojawić się wtedy, kiedy najmniej go oczekujesz. A my? Wrócimy na pewno – szczególnie latem, gdy termika praktycznie gwarantuje pływanie dzień w dzień.







